1. Dołącz do największej polskiej społeczności gry Terraria! Dyskutuj, targuj się i graj razem z innymi!

Fanfic, liść róży...

Dyskusja w 'Off-topic' rozpoczęta przez użytkownika BodzioPanBóbr, 7-02 12.

  1. BodzioPanBóbr Doświadczony

    Witam, właśnie Karen mi przesłał wyjątkowy fanfic MLP, przyjemnie się go czytało.
    Nie, nie jest to o zabijaniu, ani o złych ludziach, ani o przemocy.
    to jest niegroźny shipping, historia miłosna, (bez żadnych cielesnych odniesień) styl pisania jest bardzo ładny
    Sam fanfic opowiada o pewnym bohaterze, pegazie, który w knajpie spotkał dziewczyne o imieniu Rose
    Sam fanfic jest o niebo lepszy niż inne w takich klimatach, (shipping)
    Zapraszam do lektury,
    [IMG]
    Był to piękny, pogodny, uroczy dzień, zresztą jak większość w Ponyville. W tamtejszym parku, tak popularnym miejscu na miłe spędzanie popołudniowego wolnego czasu, środkiem żwirowej ścieżki, z wolna dreptał nasz bohater. Jego ogólna aparycja, a zwłaszcza dwie kreski zawieszonych nad fioletowymi oczami zmarszczonych brwi, oraz zakrzywione lekko w dół kąciki ust, uzewnętrzniały kryjące się wewnątrz poczucie dopiero co odniesionej porażki. Dziesiątki mijanych, zazwyczaj bardzo rozbawionych postaci tylko potęgowały przygnębienie i smutek. Aidan, bo tak się nazywał, z tymczasowego braku lepszych perspektyw na życie, zmierzał w kierunku centrum miasteczka, celem znalezienia lokalu, w którym mógłby choćby na parę godzin zapomnieć o swoim niepowodzeniu. W innym przypadku wolałby po prostu lecieć, zamiast powoli powłóczyć nogami, ale tym razem, najzwyczajniej w świecie, nie miał na to sił. Ani fizycznych, ani tych mentalnych. Więc szedł, plecami do promieni opadającego powoli słońca, w którym jego beżowe, niedawno pielęgnowane futro, lśniło z podwójną siłą.

    Dotarłszy na ulicę, która zdała się główną aleją owej niezbyt znanej mu mieściny, zaczął rozglądać się w poszukiwaniu jakiegokolwiek baru. Utopić smutki w szklance... cydru - pomyślał. Okolica nie wyglądała na taką, w której mógłby bez trudu odnaleźć nadającą się do tego knajpę. Cukiernia, piekarnia, kwiaciarnia, kolejna cukiernia... Oni tutaj w ogóle nie piją, w tym całym Ponyville? - zdziwił się, przechodząc obok kilku kolejnych, zadbanych z wierzchu, cukierkowo wyglądających chatek. Ku uldze, a nawet radości beżowego pegaza, po kilkunastu minutach jego oczom ukazał się niewielki szyld: „Bar Everfree”. No, będzie w sam raz - stwierdził w myślach, wchodząc do wewnątrz.

    Lokal okazał się wystarczający, by zaspokoić potrzeby naszego bohatera. Niezbyt wyszukany, by nie powiedzieć zaniedbany, trącił ciężkim klimatem podrzędnej speluny. Zamówiwszy butelkę swojego ulubionego cydru prosto z Jabłkowych Akrów, usadowił się w najcichszym i najmniej widocznym zakątku, by nikt nie przeszkodził mu w samotnej kontemplacji sensu życia. I tak pierwsza porcja złocistego, klarownego napoju powędrowała do gardła, rozlewając za sobą falę słodkiego, lekko palącego, jabłkowego smaku. Chwilę później pogoniła za nią następna, lecz tym razem powstrzymana na chwilę w ustach, wszakże trzeba umieć delektować się szlachetnym aromatem, grzechem jest pić bez czerpania z niego przyjemności!

    Po ocenieniu niewątpliwie wysokich walorów organoleptycznych trzeciej porcji, Aidan postanowił otworzyć zamknięte dotychczas oczy, by uzupełnić pustą już szklankę. Z niemałym zaskoczeniem odkrył, że naprzeciw niego pojawiła się nieznajoma siedząca postać, z twarzą podpartą obydwoma kopytami. Wpatrywała się w niego łagodnie, swoimi dużymi, ciemnozielonymi oczami.

    - Pijesz... sam? - zaczęła śmiało. Jej głos miał bardzo miłą barwę, teraz z łatwo wyczuwalną nutą troski.
    - Już nie - odparł z westchnięciem. Po czym umilkł, nie wiedząc jak i nie mając ochoty kontynuować rozmowę. Podniósł butelkę i zapełnił puste naczynie.
    - Ano racja - odpowiedziała klacz, bez pytania sięgając po szklankę. Pociągnęła dwa duże łyki, po czym oddała osłupionemu właścicielowi.
    - Jak ci na imię, koniku? - zapytała. - Ja jestem Roseluck. Dla przyjaciół Rose.
    - Aidan... Miło mi. - Pegaz w dalszym ciągu nie odczuwał ochoty do jakiejkolwiek dyskusji, choć zachowanie jego towarzyskiej kompanki nieco go rozluźniło.
    - A więc, drogi Aidanie, mów co ci leży na sercu. Zamieniam się w słuch - mówiąc to, kremowa klacz rozsiadła się wygodniej na drewnianym, masywnym krześle.Po co, na Celestię, ona mnie męczy? Poszłaby sobie i dała mi święty spokój... Chociaż może... A z resztą, niech to wszystko szlag trafi!- Cóż... - zataczał szklanką, wpatrując się w miniaturowe, wzburzone fale trunku - Wychowałem się na południu. Odkąd byłem małym źrebakiem, zawsze chciałem wstąpić do Wonderbolts. Dużo ćwiczyłem, dbałem o kondycję, wszystko, byle się tam dostać. Moi rodzice natomiast, uważali inaczej. Według nich, liczy się stabilna, dobrze płatna praca, a nie jakieś „wydurnianie się na niebie”, jak sami to określają... Tak czy inaczej, pchnęli mnie ku Gwardii Królewskiej. Postanowiłem, że jak spełnię ich zachciankę, to dadzą mi spokój, a potem na spokojnie przyłączę się do swoich idoli - przerwał, by zażyć trochę cydru na schnące gardło.
    - I coś poszło nie tak - głośno pomyślała Rose.
    - Jak najbardziej... No więc dostałem się do Gwardii bez problemu. Uszczęśliwiło to rodziców i mój portfel, ale nie mnie - to okropnie nudne zajęcie. Służyłem na stopniu szeregowego, a więc wiesz... „przynieś, zanieś, pozamiataj”. Co prawda kolejne stopnie oferują ciekawe możliwości rozwoju, ale ja czułem, że to nie to, moim jedynym pragnieniem było - jak błyskawica po niebie! - latać po całej Equestrii w niebieskim uniformie. Przeszło miesiąc temu, dowiedziałem się, że organizowany będzie konkurs na nowego członka grupy. Więc... Postawiłem wszystko na jedną kartę i porzuciłem służbę. Musiałem się dobrze przygotować, by wygrać. Iiii cóż... - bohater podrapał się po swojej brązowej grzywie - Zawody były dzisiaj, a ja odpadłem na samym początku.
    - Przykro mi... - odpowiedziała zmartwiona klacz. - Ciężko jest z dnia na dzień stracić marzenie.
    - Życie... Znalazło się kilku lepszych ode mnie. Sęk w tym, że nie mam teraz pracy.
    - Nie możesz wrócić do Gwardii?
    - Rekrutują tylko raz w roku przez kilka dni, przy czym... Ehhh - westchnął - Rekrutowali do wczoraj... - spojrzał gdzieś w kąt.
    - Na Celestię, tak mi przykro... - rozmówczyni zasmuciła się, jeszcze bardziej niż chwilę wcześniej. Aidan spojrzał na nią i odnotował, że był to szczere, niewymuszone uczucie.
    - Więc wylądowałem tutaj - z zamiarem zalania się do upadłego. Nie wiem, co z sobą zrobić. Mogę starać się o powrotne przyjęcie poza harmonogramem, ale byłoby cudem, gdyby mi się udało. Jedyne, co mi pozostaje, to wrócić do domu, do rodziców... Nie będą zadowoleni - mówiąc to, położył uszy po sobie, dosłownie i w przenośni.
    - Kelner! Drugą szklankę poproszę! - zawołała Rose. Po raz kolejny tego popołudnia, zdziwiła go. Po chwili pojawił się obok nich, ubrany stosownie do charakteru miejsca - czyli w poplamioną koszulę, jednorożec, z lewitującym nad nim naczyniem. Uzupełnił pustki w obu szklankach, po czym odszedł.
    - Teraz, by nie być dłużna, ja opowiem ci moją historię - powiedziawszy to, uchyliła mały łyk. - Choć w zasadzie, nie będzie tego zbyt dużo - mrugnęła. - Wychowałam się tu, w Ponyville. Jako mała klacz, szybko odnalazłam w sobie talent do kwiatów, a zwłaszcza róż. Kiedy podrosłam, zaczęłam pracować w w kwiaciarni. I... jakoś tak leci - uśmiechnęła się, mrugając jeszcze raz.
    - I już? - spytał lekko rozbawiony pegaz.
    - Tak. Zadu nie urywa, co nie? - odpowiedziała wesoło.

    Aidan niespodziewanie odkrył, że czuje się w towarzystwie już-nie-nieznajomej nadzwyczaj swobodnie. Jaka miła odmiana, po prawie roku spędzonym w koszarach, w których codziennością było powstrzymywanie się od jakiejkolwiek zażyłości. Może to po prostu trzy szklanki cydru? Tak czy inaczej, jego język w końcu stał się giętki, a dusza bardziej rześka, niż przez całe minione popołudnie. Tłumiona porażka znikała gdzieś daleko, wyparta przez napływ niespodziewanej chęci rozmowy. I tak, wraz z alkoholem popłynęła rzeka wszelakich tematów, począwszy od pogody, tajników pracy przy boku Celestii, sposobów na upiększanie barw kwiatów, sytuacji rodzinnych, anegdot, żartów, by po ładnych kilku godzinach, o księżycu wzniesionym wysoko na niebo, skończyć na...

    ***
    Na czym? Aidan nie pamiętał. Pierwszą rzeczą, jaką odnotował po obudzeniu się, było to, że leży w łóżku. Drugą - natarczywy, wzmagający się wraz z każdym dźwiękiem ból głowy. Pegaz po wielu trudach, otworzył w końcu oczy, by jakoś rozeznać się w sytuacji. Leżał w małym łóżku, w niewielkim, ale przytulnie urządzonym czymś, co wyglądało jak gościnny pokój. Obok na szafce dostrzegł - najwyraźniej przygotowaną z myślą specjalnie o nim - szklankę wody, którą zresztą ochoczo opróżnił. W końcu stanął, nieco chwiejnie, na czterech kopytach i podszedł do zasłoniętego okna. Próba uchylenia kotary skończyła się na bolesnym promieniu południowego słońca, trafiającym piaskowego kucyka prosto w twarz. No cudownie - pomyślał. Skierował się do jedynych drzwi w pomieszczeniu.

    Po ich otwarciu, spotkał się ponownie z potęgą promieni złotej gwiazdy - lecz tym razem był na nie przygotowany, mrużąc zawczasu oczy. Stał tak przez moment, przywykając powoli do jasności. Okazało się, że jego tymczasowa sypialnia połączona jest bezpośrednio z kuchnią, po której krząta sięjasnożółty kucyk ziemny, z podobnie jasnoniebieską grzywą. Na jego boku widniał emblemat z czterolistną, zieloną koniczyną. Z braku lepszych wyjść, pegaz postanowił wyjść mu naprzeciw, w końcu wypadało rozwiązać plączącą się po głowie zagadkę: Jak się tu znalazłem? Ledwie po wystawieniu głowy za próg, gospodarz spojrzał w jego stronę z uśmiechem i powiedział:

    - O, obudziłeś się, Aidanie. Dzień dobry!
    - Wi... Witaj – odpowiedział niepewnie bohater.
    - Akurat robiłem sobie obiad, ale skoro już wstałeś, to trochę ci odstąpię - wskazał głową na zastawiony stół, myjąc jednocześnie warzywa.
    - Miło z twojej stronyyy...
    - Nie pamiętasz... - uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Mam na imię Clover. Jestem bratem Rose, a ty trafiłeś tu w nocy, przywleczony przez nas, spity jak bela - spauzował, obserwując rosnące zawstydzenie drugiego kucyka. Po chwili wybuchł serdecznym śmiechem.
    - Jakbyś widział swoją minę... - mówił śmiejąc się. - Wyluzuj, nie masz się czym przejmować, każdy od czasu do czasu boryka się z problemami. A teraz siadaj i jedz, bo stygnie.

    Pegaz dopiero teraz przypomniał sobie, że od wczorajszego ranka nie jadł nic, z wyjątkiem lekkiego śniadania przed konkursem. Przezwyciężył z trudem przytłaczające go zażenowanie i ulokował się przy stole. Jego kompan, po błyskawicznym przyrządzeniu drugiej porcji sałatki, również. Nastała cisza, dość krępująca dla bohatera. Jasnożółty kucyk zdecydował się przerwać ją swoim dość niespodziewanym pytaniem:

    - I co zamierzasz teraz zrobić? - nie było w jego głosie pretensjonalnego tonu, tylko czysta, prawie opiekuńcza ciekawość.
    - Eee... Z czym? - odpowiedział z pełnymi ustami, dość zakłopotany.
    - Tego też nie pamiętasz? Bratku, lepiej przestać pić – na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech. - Kiedy przyszedłem wieczorem, a w zasadzie w nocy, po Rose, zdążyłeś namówić mnie do wypicia kolejki. Opowiedziałeś wtedy, dość bełkotliwie ale z sensem, historię swojego życia... I nie tylko. Wodnerbolts, powiadasz?
    - Tak, racja... Cóż, idę zaraz na pociąg i wracam do domu...
    - A nie możesz z powrotem pracować jako gwardzista?

    Aidan nakreślił raz jeszcze całą tę kwestię.

    - Rozumiem... No cóż, takie życie. Chociaż, przy odrobinie szczęścia, mógłbyś pracować u nas...
    - Co to, to nie – beżowy pegaz odparł kategorycznie. - I tak jestem już waszym dłużnikiem... A swoją drogą, gdzie Roseluck?
    - Pracuje w kwiaciarni. Ja mam zaraz do niej dołączyć.
    - Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem w niczym... O matko, narobiłem wam tyle kłopotów! – ostatecznie wywiane poranne otępienie odsłoniło nagie poczucie winy.
    - U ciebie na południu, kucyki mają trochę inne nastawienie, nie? - mrugnął identycznie jak jego siostra, poprzedniego wieczoru. Aidan uznał, że to chyba rodzinne. - Fakt, że dziwnie się to potoczyło, ale jak już mówiłem - każdy od czasu do czasu boryka się z problemami. A my, mieszkańcy Ponyville, lubimy sobie pomagać.
    - Jestem bardzo wdzięczny, naprawdę... I ciągle mi głupio.
    - No już, przeeeeestań – lekceważącym, ale zabawnym tonem skwitował go Clover. - Czyli co, albo wracasz do domciu i rozczarowujesz rodziców, albo zostajesz tutaj, próbując znaleźć pracę i odzyskać resztki honoru, tak?
    - Nie mam zbyt dużego wyboru. Idę na pociąg... - spojrzał na kwaśną minę towarzysza. - Albo, może jednak czegoś poszukam... Zacznę od razu – powiedziawszy to, wstał od stołu, zbliżając się do jasnogrzywego. - Dziękuję wam za przygarnięcie mnie, gdyby nie wasza hojność spędził bym tę noc na ulicy. Świetnie gotujesz. A, podziękuj też siostrze za miło spędzony czas, wczoraj wieczorem...
    - Cała przyjemność po naszej stronie. Na pewno nie chcesz zostać? Śmiało możesz zamieszkać u nas, do czasu aż znajdziesz zatrudnienie – na twarzy kucyka malowała się opiekuńcza mina, bliźniaczo podobna do tej z baru... Chwila, przecież wczoraj spotkałem się z Rose – pomyślał Aidan. - Wypisz, wymaluj, kropla w kroplę.
    - Nie, szczerze dziękuję, nie lubię być zdanym na czyjąś łaskę – odpowiedział szybko, po czym skierował się do wyjścia.
    - Nie w tę stronę – poprawił go gospodarz, znów uśmiechając się od ucha do ucha. - Do zobaczenia, wpadnij jeszcze! - rzucił na odchodne, do oddalającego się kucyka.

    Po sprawdzeniu stanu portfela, okazało się, że po odłożeniu rezerwowej sumy na bilet, wystarczy ledwo na kilkudniowe utrzymanie i pobyt w motelu. Pracę trzeba więc było znaleźć bardzo pilnie. Świeże powietrze nieco rozjaśniło pegazowi w głowie, postanowił skierować swe kroki ku znanej sobie z wczorajszej eskapady alei, przy której stały te wszystkie piekarnie, cukiernie i dziesiątki innych szyldów reklamujących punkty usługowe. Na pewno gdzieś będą potrzebowali pary kopyt, albo skrzydeł do pracy... - pomyślał. Po błędnym krążeniu przez kilkanaście minut, w końcu udało mu się znaleźć to miejsce. Do wciąż krążącej w duszy bohatera mieszanki rozczarowania i rezygnacji, doszła kilka solidnych kropel nadziei. Skierował się do pierwszego z brzegu budynku.

    Przybytek ten zwał się Kącikiem Kostki Cukru. Jeszcze przed przekroczeniem progu czuć było unoszący się zeń aromat słodkości. Niestety, pan Cake, jak się przedstawił, mimo to, że sprawiał wrażenie strasznie zabieganego, nie miał akurat żadnych wakatów. Nie zraziło to jednak pegaza. Tutaj się nie udało, może obok... Niezrażony porażką, ruszył do położonej zaraz obok piekarni. Dość podobne miejsce, z tą jedynie różnicą, że na półkach setkami spoczywały te nieco mniej słodkie wypieki. Na pytanie o pracę, ciemnoszary kucyk-piekarz zmierzył go wzrokiem, i powiedział:

    - Piekłeś coś kiedykolwiek?
    - N.. Nie? - odparł bohater. - Piekarz zmrużył lewe oko, przygryzł dolną wargę i odpowiedział:
    - Przykro mi.

    Do trzech razy sztuka... - pomyślał. Następnym kandydatem na źródło dochodu była umiejscowiona po sąsiedzku kwiaciarnia. Może tam... Pchnął delikatnie drzwi, słysząc jednoczesny dźwięk dzwonka. I jak poprzednio, w nozdrza uderzył go intensywny zapach, tym razem zmieszanej z sobą woni niezliczonych kwiatów i roślin, poustawianych na podłodze, półkach i tych podwieszanych pod sufitem. Zanim jeszcze podszedł do ukrytej w zieleni lady, mimowolnie skojarzył zapach z tym panującym domu Rose. Dość podobny, tylko... mocniejszy – przeszło mu przez myśl. W tym momencie, usłyszał znajomy, łagodny głos.

    - Aidaaaan! - zza lady wychylała się znajoma klacz. Odchyliła ją i szybko podeszła by się przywitać. Nieco zaskoczony beżowy kucyk, dopiero teraz odnotował jak bardzo imię Roseluck pasuje do jej wyglądu. Wczoraj był zbyt przybity, a potem napity, by zwrócić szczególną uwagę na jej burgundową grzywę. W dziennym świetle okazała się być dwubarwną mieszaniną niezwykle ładnie ze sobą harmonizujących, ciemnych odcieni czerwieni i różu. Delikatnie opadała jej na jasnozielone śmiejące się oczy, dodając postaci wiele uroku. Kątem oka dostrzegł, że jej znaczek to róża. No tak, mogłem się domyślić...
    - Jak tam, głowa nie boli? - zaczęła, zanim jeszcze bohater zdążył zareagować.
    - Jeszcze troszkę. Nie wiedziałem, że pracujesz tutaj, właśnie szukałem kogoś, kto mógłby mnie na jakiś czas...
    - Możesz zacząć od zaraz – przerwała mu, uśmiechając się szeroko.
    - Nie, źle bym się z tym czuł, to nadużycie gościnności... Tak w ogóle, to przepraszam cię najmocniej za wczoraj, nie chciałem doprowadzać się do takiego stanu, tak mi głupio...
    - Miło wspominasz naszą rozmowę? - ni stąd, ni zowąd, przerwała mu powtórnie.
    - No... Tak.
    - Więc o co chodzi? Oboje miło spędziliśmy czas, czy to nie liczy się najbardziej? A że oboje skończyliśmy z bólem głowy, cóż, zdarza się - Znowu mrugnęła – zauważył bohater.
    - Fakt – po raz pierwszy od rana na jego twarzy zagościł uśmiech.
    - Jeśli jednak chciałbyś tutaj popracować... Z chęcią przydałaby się nam pomoc. Nie zbijesz może fortuny, ale oferuję dach nad głową, jedzenie...
    - Naprawdę, dam sobie radę sam. Jeszcze raz dzięki za wszystko – powiedział, po czym wyszedł z zielonego zakątka.
    - Wpadnij jeeeeszczeeee! - usłyszał za sobą. - Oni są identyczni – pomyślał. - A na pewno bardzo gościnni..

    W każdym następnym odwiedzanym przez Aidana potencjalnym miejscu pracy, słyszał te same słowa: „przykro mi”, „wymagamy kwalifikacji”, „brak wakatów”. I podobnie, wraz z ilością nieudanych prób znalezienia jakiegokolwiek, choćby najbardziej trywialnego zajęcia, rosła w nim niemoc i brak chęci do kontrolowania własnego losu. Migocząc na horyzoncie, kilka godzin później pojawiło się rozwiązanie tego problemu.

    Druga szklanka cydru kopnęła nawet mocniej, niż pierwsza. Teraz pegaz mógł śmiało stwierdzić, że „Bar Everfree”, nie był aż tak złą knajpą, na jaką pierwotnie wyglądał. Co prawda ciemny albo po prostu pobrudzony sufit i ściany jakoś specjalnie nie zachęcały do ponownych odwiedzin, ale trunek mieli niczego sobie. Plan działania był prosty – znieczulić się do tego stopnia, by zapomnieć o problemach, a potem uznać porażkę, wsiąść w pociąg i pojechać do domu. Siedząc z głową zatopioną pomiędzy wyciągniętymi i skrzyżowanymi ramionami, kontemplował sobie nicość, od czasu do czasu siorbając kilka większych lub mniejszych łyków. Podczas jednej z takich pauz, leżąc prawie na stoliku z zamkniętymi oczami i starając się uwolnić od myśli, poczuł nagle czyjeś kopyto na swoim ramieniu. Spojrzał niechętnie w górę. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy pomimo okrywającej je mgły, była ta sama, burgundowa grzywa.

    - Ty - znowu - tutaj? - zaczęła, dość ostrym tonem, którego do tej pory nie znał.
    - Ehhh – jedyne na co stać było w tej chwili pegaza, to przeciągłe westchnięcie.
    - Niech zgadnę, nie znalazłeś nigdzie pracy i postanowiłeś znów się upić. A oboje z bratem proponowaliśmy ci zajęcie.
    - Nie chciałem się narzucać – wybełkotał cicho.
    - I wolisz skończyć tutaj? Drugi raz? Chcesz popaść w nałóg?
    - Nie, jutro wracam. Chciałem tylko zapomnieć – jego przytłumiony głos z twarzy schowanej na powrót w ramionach brzmiał niewyraźnie.
    - Chodź. Nie zostawię cię tutaj tak – odpowiedziała Rose, po czym zaczęła daremnie ciągnąć go za ramię.
    - Nie chcę wam robić znowu problemu... Zostaw mnie, proooszę – wymamrotał.
    - Nawet mi się tu nie wymawiaj – odpowiedziała na powrót ostrym tonem, po czym dodała: - Chodź, potrzebujemy kogoś do pomocy! Popracujesz parę dni, to i w głowie ci się rozjaśni, może wpadniesz na jakiś pomysł. Chciałeś wstąpić do Wonderbolts, a ot tak się poddajesz? - Argument ten, choć z trudnością, ale trafił do umysłu pegaza. Bez słowa podniósł się, rzucił na stolik parę monet, po czym powoli powlókł się obok kremowej klaczy.

    ***

    - Te bladoróżowe stojące w rogu, to begonie, biało-różowe to lilie, niebieskie to irysy, a fioletowe - storczyki. O czymś zapomniałem? - Clover podrapał się po głowie. - Aha, jeszcze najważniejsze. Róże – wskazał na duży kosz stojący tuż za szeroką, widną witryną. - Jedyne, jakie tutaj sprzedajemy. Jedyne takie róże w całej Equestrii, specjalność siostry. Udało jej się otrzymać ten wyjątkowy gatunek kiedy była małą klaczką, stąd taki a nie inny znaczek. No ale mniejsza o to, zapamiętałeś wszystko? - jasnożółty kucyk spojrzał na beżowego, nieco przestraszonego.
    - Tak. Begonie, lilie, irysy, storyczyki, róże.
    - Storczyki – poprawił go jasnogrzywy, kręcąc głową. - Widzę, że dasz sobie radę. Cennik masz zapisany na kartce. Rose wróci jak tylko upora się z grządkami, a ja... Cóż, zejdzie mi trochę w drodze do portu i z powrotem. Pomożesz mi z tym wózkiem? - spytał.
    - No pewnie – odpowiedział Aidan, przyczepiając do chomąta swego świeżego pracodawcy dyszel, będący fragmentem dwukołowego wózka wypełnionego rozmaitymi roślinami.
    - No to w drogę. Przy odrobinie szczęścia, do wieczora się wyrobię. A ty pilnuj interesu, i czekaj na siostrę, koniku – powiedział z lekką przekorą i uśmiechem na pożegnanie.
    - Do zobaczenia wkrótce! - oparł bohater. - Koniku?! Nie znoszę tego określenia - pomyślał. - Papużki nierozłączki, myślą, mówią i robią to samo – po czym zabrał się za obsługiwanie pierwszego w swojej karierze klienta.

    Po kilku godzinach w kasie zebrała się całkiem znośna sumka. Pegaz ze zdziwieniem odkrył, że to zdawałoby się proste zajęcie sprawia mu całkiem sporą przyjemność. Co prawda w porównaniu do pracy Gwardzisty wydawało się początkowo istną otchłanią monotonii, a jednak – co zaskakujące - tak nie było. Może to po prostu widok uśmiechniętych, uprzejmych i łagodnych twarzy, zamiast wojskowego drygu tak na niego działał? Trudno powiedzieć – odpowiedział sobie w myślach na to pytanie. Ani spostrzegł, jak z wczesnym popołudniem, z działki wróciła Roseluck. Stanęła wprost przed nim, jak zwykle uśmiechnięta, mimo świadczącej o ciężkiej pracy zaschniętej ziemi, poprzyklejanej tu i tam do futra.

    - Cześć, nowicjuszu. Jak tam, dajemy radę? - zagadnęła.
    - Tak. W porządku. Dzięki, jeszcze raz...
    - Skończ z tym dziękowaniem i przepraszaniem raz na zawsze! - roześmiała się. - Zaraz do ciebie dołączę, tylko doprowadzę się do znośnego wyglądu – powiedziała, po czym zniknęła gdzieś na zapleczu, którego Aidan jeszcze dokładnie nie znał. Jego zakres obowiązków obejmował ogólną pomoc we wszystkim. Takie
    „przynieś, zanieś, pozamiataj”, tyle że w miłej, przyjacielskiej wprost atmosferze. Minęła krótka chwila i już kremowa klacz stała obok niego.
    - I co? Myślałeś już, co potem? - spytała.
    - Hmm? - odpowiedział wyrwany z zapatrzenia na bliżej nieokreślony, niezwykle dorodny i kolorowy kwiat, którego nie zauważył wcześniej.
    - Chyba nie zamierzasz pracować u nas w nieskończoność, a do rodziców też nie chcesz wracać. Więc co będziesz chciał zrobić?
    - Dziś po południu polecę do Canterlotu i spróbuję złożyć wniosek o powtórne przyjęcie... Na rekrutację musiałbym czekać rok, a tak mam szansę dostać się z powrotem nieco szybciej. Chociaż wszystko zależy od dowódcy. Przyjmie mnie, albo i nie... - powiedział z lekką rezygnacją w głosie.
    - Będzie dobrze, jestem pewna - pocieszyła. - Grunt, że nie musisz martwić się o mieszkanie i jedzenie.
    - Nawet nie wiesz, jak jestem wam wdzię...
    - Przestań, przestań, przestań! - rozzłościła się na żarty. - Ileż można, pegazie! Swój dług wdzięczności spłacisz ciężką pracą. Jutro pójdziesz razem z Cloverem do portu, bardzo przyda mu się pomoc. Powiększyliśmy trochę nasz ogród i zwiększamy wysyłki do Fillydelphii. Zrobiło się tego dość sporo, a w dwójkę zejdzie wam o wiele szybciej.
    - Z chęcią rozprostuję trochę nogi w dłuższym marszu – niezbyt szczerze odparł beżowy kucyk. - Wolałbym tam polecieć...
    - Wiem, że pewnie wolałbyś polecieć niż iść – powiedziała Rose, zupełnie jakby czytając mu w myślach - ale nie dasz rady udźwignąć tylu wiązanek.
    - Tak, no pewnie – na jego ustach zagościł nieco wymuszony uśmiech.

    ***

    Droga do portu rzecznego okazała się faktycznie dość daleka. Podróż w jedną stronę parze z wózkami zajęła ponad pół dnia, czyli nieco dłużej niż zwykle, jak na końcu stwierdził Clover. Wszystko przez zbyt wolne tempo Aidana, który mimo to, że nieco większy i silniejszy niż jego kompan, nieprzyzwyczajony był do ciągnięcia za sobą takiego ciężaru. Drewniane chomąto zaczęło uwierać go już po kilku minutach marszu, by z upływem czasu wyrobić bolesne, choć niewidoczne pod sierścią odciski. Starając się nie zważać na ból, bohater postanowił skupić się na urokach płynących z widoku przesuwających się z wolna, idyllicznych pejzaży. Odwróciwszy głowę w prawo, za oddaloną o rzut kamieniem linią rozrzedzonych drzew, rozciągało się szerokie, mieniące się bladozłotym blaskiem, pole pszenicy. Daleko za nim, z horyzontalnego błękitu miękko wyłaniały się wysokie i ostre turnie, stanowiące fragment największego w krainie pasma gór. Po lewej natomiast, w najbliższym sąsiedztwie ulokowana była bardzo mała, chyba bezimienna wioska. Wyglądała niemniej idyllicznie niż całe otoczenie, jakby wyrosła spod ziemi, tak bardzo harmonizowała z otaczającym ją, widnym i wesołym lasem.

    Chłonąc utopijny krajobraz wraz z powiewami ciepłego, pachnącego polami wiatru, Aidan już prawie zapomniał o nieprzyjemnym uwieraniu, kiedy zdał sobie sprawę, że przerz następne kilkadziesiąt minut przyjdzie mu maszerować pod górkę. Tym samym, drewniany krąg wokół jego karku zaczął wpajać się weń z podwójną siłą, zupełnie jakby zrobiony był z gorącej stali. Mimo tego nie narzekał, nie chcąc burzyć tym samym otoczki wdzięczności, którą zresztą szczerze żywił wobec swoich pracodawców-przyjaciół. W końcu gdyby nie oni, właśnie docierał by do swojego domu, oznajmiając tym samym o życiowej porażce. A tak bardzo nie chciał rozczarowywać rodziców... Jeszcze nic straconego – pomyślał.

    Droga powrotna była już dalece przyjemniejsza, mimo dającego się we znaki zmęczenia. Późnym wieczorem, rozmawiając, para tragarzy wróciła w końcu do domu.

    ***
    Następny dzień upłynął na staniu za ladą. Odciski wywołały falę docinek i żartów ze strony gospodarzy, no bo w końcu jak w ogóle możliwe, że „kucyk gwardzista, chroniący samą Celestię, chcący wstąpić do Wonderbolts, ma problem po przewiezieniu kilku kwiatków”? Bohater zgrywając się, twierdził, że Księżniczkę widział tylko kilka razy. Mimo wciąż dokuczających boleści, dopisywał mu dobry humor. Na szczęście ziołowe okłady, przygotowane przez Roseluck przyniosły kojącą ulgę, choć wyglądał i czuł się w nich dość głupio, wystawiony na pokaz wszystkim klientom. Swoją drogą, poruszyła go nieco czułość i opiekuńczość kremowej klaczy. Kucyk ów znajdował się w dość... dziwnym stanie emocjonalnym. Pracował w przy kwiatach dopiero trzeci dzień, a już czuł przywiązanie do tego miejsca. Do tej małej, dusznej od wonnych oparów kwiaciarni, do swojego ciasnego, gościnnego pokoiku, do Ponyville... Ogarnęło go przeświadczenie, że gdyby spędził tu rok, tak jak w koszarach, za nic w świecie nie porzuciłby tego zajęcia, nawet, jeśli sami Wonderbolts oferowali mu bezwarunkowe przyjęcie w swe szeregi. Może po prostu odreagowuję na ostatnio przebyty stres? - pomyślał. Rok poza domem i zapomniałem, co znaczy rodzinna atmosfera. Grupka źrebiąt kłócących się hałaśliwie nad wyborem pachnących podarków na zbliżający się Dzień Matki, przerwała te miłe refleksje.

    ***
    Przy tego typu świętach ruch w kwietnym biznesie bardzo się wzmagał, o czym Aidan miał okazję dobitnie się przekonać. W tym roku popyt na kolorowe roślinny był wyjątkowo wysoki, przynajmniej tak stwierdził Clover. Faktycznie, już nad dwa dni przed uroczystością próżno było szukać gdziekolwiek w Ponyville choćby jednego, nie-polnego kwiatu. Rose nie nadążała z dostarczaniem nowych, zresztą uprawny ogród nie był ich niewyczerpanym źródłem. Dlatego rodzeństwo podjęło decyzję, wywołującą u bohatera co najmniej lekką niechęć, mianowicie... Wycieczka do portu, celem sprowadzenia większej ilości towaru. Ostatnie otarcia i odciski, pomimo opieki kremowej klaczy, nie zdążyły jeszcze dobrze się zagoić, podczas gdy trzeba było naruszyć je na nowo. Tyle dobrego, że ciężar będziemy ciągnąć z powrotem, to znaczy z górki...

    I rzeczywiście, tym razem – choć nie bez widocznego trudu ze strony Aidana – naszym dwóm tragarzom udało się dotrzeć do portu na czas. Był on bardzo mały, ale zadziwiająco tłoczny, do raptem dwóch pomostów non stop cumowały i odpływały barki, z najróżniejszymi dobrami z całej krainy. Widok ten był dość dziwny dla kogoś, kto wychował się na południowych stepach, jednak tym razem nie wywarł aż takiego wrażenia na piaskowym kucyku. On i jego jasnożółty kompan, oczekiwali teraz na swoją kolej, by móc zapełnić po same brzegi dwa drewniane, dwukołowe wózki.

    Lecz mimo mijających minut, spodziewany transport nie przypływał.

    - Często barki się późnią? - spytał pegaz, po chwili milczenia poprzedzającej ostatnią rozmowę.
    - Emm... Nie, dość rzadko – odpowiedział niebieskogrzywy. - Choć biorąc pod uwagę zapotrzebowanie na kwiaty, to całkiem uzasadnione.
    - No tak. Jak sądzisz, długo będziemy musieli tu czekać? - spytał ponownie.
    - Nie mam zielonego pojęcia – odparł wzruszając ramionami. - A co, spieszy ci się aż tak do domu? - uśmiechnął się. Nie czekając na odpowiedź dodał: - Nie opłaca nam się wracać z pustymi kopytami, poczekamy tak długo, jak będzie trzeba – słowa te niezbyt pocieszyły bohatera.
    - No tak... Swoją drogą, à propos domu – zaczął – muszę się jakoś odwdzięczyć Rose za tę opiekę nade mną – spojrzał na swoje świeże okłady, przygotowane przez klacz tuż przed eskapadą.
    - Jestem pewny, że coś wymyślisz – odparł Clover.
    - W ogóle... Ona mnie lubi, no nie? - zapytał z niepewnym uśmiechem, jakby obawiając się odpowiedzi. Kucyk ziemny uśmiechnął się szeroko i odparł:
    - Oboje cię lubimy.
    - No tak, racja – nie tego rodzaju odpowiedzi się spodziewał, liczył na nieco szczerszy, a nie humorystyczny ton.
    - A co, nie mów, że wpadła ci w oko? – kontynuował kucyk ziemny. Nagłe pytanie nieco zmieszało bohatera.
    - Ee... Nie wiem. To znaczy... Jest miła, bardzo mi pomogła... W sumie... to chyba tak – odparł. Uśmiech Clovera zastygł na chwilę, zupełnie jakby wewnętrznie posmutniał. Tak przynajmniej wydało się pegazowi.
    - Wobec tego, pójdź z nią na randkę – powiedział, po czym mrugnął przyjaźnie. Znowu. To u nich definitywnie rodzinny tik – pomyślał Aidan.
    - Nie no, krótko się znamy i w ogóle – zaczął kręcić. - Zresztą... praca... Dziwnie bym się z tym czuł.
    - Daj spokój, przecież już raz spotkałeś się z siostrą w barze – odparł jasnogrzywy. - To prawie jak randka!Faktycznie, miło się nam rozmawiało – przeszło przez myśl pegazowi.
    - To zupełnie coś innego, po pierwsze to ona spotkała mnie, a nie ja ją, a po drugie byłem wtedy zdołowany...
    - Co ci szkodzi spróbować? - zachęcał kwiaciarz.
    - Niee, myślę, że dam sobie spokó... Spójrz, czy to przypadkiem nie ta barka z kwiatami? - wskazał kopytem na zbliżającą się smętnie długą i smukłą łódź.
    - W samą porę – odparł kucyk ziemny. - Lepiej ustawmy się w kolejce – zarekomendował.

    Jeszcze tego samego dnia, choć późnym wieczorem, obaj znaleźli się w domu. Szczęśliwie, tym razem Aidan obszedł się bez zbytecznych urazów, wszystko dzięki nowemu, kupionemu specjalnie na tę okazję jarzmie - nieco lepiej wyprofilowanym niż te poprzednie, oraz nieocenionym okładom Roseluck.

    ***
    Odgłos cichego pukania do drzwi rozległ się w pokoiku Aidana. Było rano, on sam dopiero co się obudził, szczerze nie spodziewając się niczyich odwiedzin. Zwlókł się z łóżka, wymamrotał kilka nieeleganckich słów w reakcji na bystro wpadające – teraz przez podciągniętą roletę – promienie wczesnego słońca i podreptał do drzwi. Przekręcił klucz, pociągnął za klamkę i...

    - Cześć Aidek, gotowy do wyjścia? - wystrzeliła gwałtownie Roseluck. Prezentowała się ładniej niż zwykle, jej twarz zdobił bardzo delikatny, podkreślający naturalną urodę makijaż. Roztaczała wokół siebie łagodną, stonowaną, ledwo wyczuwaną woń róż, jakże inną od gryzącej esencji kwiaciarnianej.
    - Że... co? - wymamrotał zaspany i zaskoczony ogier. - Albo znów za dużo wypiłem, albo czegoś nie rozumiem – dodał nieporadnie.
    - Ponoć wpadłam ci w oko, hę? - mrugnęła i uśmiechnęła się szeroko. Znowu. - Pegaz stał jak wmurowany.- Skąd... Powiedział ci, tak? Tak się nie robi, to była prywatna roz...
    - Przecież to mój brat, głuptasie – przerwała mu – myślałeś, że nic mi nie powie? Naiwniak! - przekomarzała się. - To wyjdziesz ze mną, czy mam iść sama? - zapytała rześko.
    - Ale kwiaty... Przecież mamy masę pracy...
    - Mamy ich pod dostatkiem, ktoś tylko musi stać za ladą – odparła. - Clover da sobie radę sam przez parę godzin. A teraz, nie każ mi długo czekać! - zachichotała i wyszła z pokoju.
    Na... randkę, ot tak po prostu? To strasznie szybko, w ogóle nie wiem czy... A zresztą, co mi szkodzi. - pomyślał bohater. Po krótkiej porannej toalecie i doprowadzeniu brązowej grzywy do porządku, był gotów.

    - No, zdążyłeś – zabawnie natrząsała się z niego siedząca w fotelu kremowa klacz.
    - To gdzie pójdziemy? Bo chyba nie do tej speluny, co... ostatnio? - końcowe słowo zabrzmiało bardzo dziwnie z jego ust, zważywszy, że zaczął teraz nieco inaczej postrzegać ich pierwsze spotkanie. Znów poczuł zażenowanie efektem swojej niepohamowanej słabości do cydru, obawiając się jednocześnie powtórki z rozrywki.
    - Coś ty nagle taki spięty? - wstając, Rose spostrzegła sztywność jego sylwetki i mowy – Jeśli tamta... knajpka ci nie odpowiada, możemy wybrać się gdzie indziej. Choć ostatnio nie narzekałeś, miło spędziliśmy czas, nieprawdaż?
    - F-fakt. Tylko boję się...
    - Chyba nie masz powodu, żeby się znowu upić, co? - igrała z nim. - Zresztą, nie dam ci – roześmiała się. - A teraz chodź, czas ucieka! - złapała go za ramię i poprowadziła w stronę drzwi.

    Po drodze Aidan uspokoił się, przybranie postawy „to-tylko-pogaduchy-ze-znajomą” bardzo mu pomogło. Dzięki niej prawie zapomniał o irracjonalnym stresie, jaki go napadł. Mimo to, idąc obok klaczy z burgundową grzywą, ciągle szukał jego przyczyny, wszakże coś musiało go wywołać. Niespodziewanie uświadomił sobie jeden fakt: nigdy nie był na żadnej randce! Co tam się w ogóle robi? Jak to wszystko ma wyglądać? Do tej pory z nikim nigdy się nie spotykał, zwyczajnie nie czuł takiej potrzeby. W okresie dzieciństwa, nastoletniości i wczesnej dorosłości spędzał czas z przyjaciółmi, by zaraz potem trafić bezpośrednio do Gwardii. Więc teraz był ten pierwszy raz. Aidan chciał okazać swoją wdzięczność za opiekuńczość towarzyszki, ale zupełnie nie wiedział, w jakiej formie mógłby tego dokonać. Jego sytuacji nie polepszała świadomość, że popełnienie błędu może być fatalne w skutkach; przecież on mieszkał u Rose, zapewniała mu pracę, wyżywienie... Wszystko, co potrzebne do życia. Co, jeśli czymś ją urazi i wyląduje przez to na ulicy? Widmo totalnej porażki zaciążyło znowu nad jego umysłem i pewnie zawładnęłoby nim totalnie, gdyby nie umiejętność trafnego odczytywania emocji u Roseluck. Klacz dostrzegła kryjące się w nim obawy i zapewniała wszelkimi słowami, o niezobowiązującym charakterze tego spotkania. Ucieszyło to i rozluźniło nieco pegaza.

    Sama „randka” nie okazała się taka straszna. Mała - tylko jedna! - szklaneczka cydru skutecznie odprężyła piaskowego kucyka i rozplotła jego język, dotąd związany na supeł. Podczas rozmów - choć tym razem poruszających nieco mniejszy wachlarz, za to ciekawszych, bardziej osobistych tematów - miło upłynął cały, uroczy poranek. Aidan nieco zdziwił się, a prawie zasmucił, na wieść o południowej porze i konieczności powrotu do domu, a w zasadzie pracy.

    - Nic straconego, koniku – powiedziała roześmiana Roseluck, wchodząc do kwiaciarni w towarzystwie pegaza. - Mamy cały dzień do rozmów. I jutrzejszy też. I kolejny. Cześć, bracie! - rzuciła do stojącego za ladą niebieskogrzywego kucyka.
    - I jak tam, moje gołąbki? - spytał kwiaciarz, ku zakłopotaniu Aidana.
    - Jakie tam gołąbki, to tylko rozmowa... - bohater odparł wpół-zirytowanym tonem.
    - W porządku, bardzo miło – skontrowała go klacz.
    - A właśnie, Aidan, był tu listonosz, mam przesyłkę do ciebie – mówiąc to, sięgnął pod ladę, wyciągając po chwili dużą, szarą kopertę.
    - To z Canterlotu! - entuzjastycznie odpowiedział pegaz, rozpieczętowując lak z królewskimi insygniami. Czytał przez chwilę pokrytą drobnym druczkiem i wieloma podpisami kartkę papieru. - Tak! Przyjęli mnie z powrotem do Gwardii! - oznajmił radośnie. Para rodzeństwa również ucieszyła się, choć w nieco wymuszony sposób.
    - I co, zamierzasz wrócić? - spytał Clover. Pegaz wstrzymał na chwilę oddech w zamyśleniu, by odpowiedzieć:
    - Tak... Szczerze, wolałbym zostać tutaj z wami. Ale, rodzice... Sami rozumiecie, nie mogę ich zawieść – oznajmił lekko przygaszonym głosem. Rodzeństwo pokiwało ze zrozumieniem głowami.
    - To... Kiedy odlatujesz? - zapytała Rose
    - Piszą, że to i tak cud, że się załapałem i że im szybciej się zamelduję, tym lepiej... Więc... Cóż, od razu pójdę się spakować – powiedziawszy to, spuścił lekko głowę.

    Pożegnanie było krótkie ale serdeczne. Szkoda było Aidanowi opuszczać swoich przyjaciół, z którymi tak zżył się przez ten dość krótki czas. Szkoda było klientów, Ponyville, kwiaciarni i wózka. Dostał na drogę – choć dość krótką, zważywszy na jego skrzydła – trochę domowego jedzenia, dwa uściski i kilka ciepłych słów. Obiecał oczywiście kwiacianemu rodzeństwu, że będzie odwiedzać ich przy każdej możliwej okazji.

    Lecąc, rozważał w myślach dzisiejsze spotkanie z Rose. Czy coś do niej czuł? Na pewno ciągłe, niegasnące poczucie zrewanżowania się za tak miłą opiekę. Głupie, twarde chomąto! Troska, jaką klacz obdarzyła tych kilka prozaicznych odcisków, tak czuła i delikatna, wywarła na nim bardzo duże wrażenie. Dodatkowo jej ogólna postawa względem pegaza, zawsze szczera, przyjacielska i pomocna, dawała wrażenie pewnych ukrytych, jakże pozytywnych intencji. Gdyby jednak przyszło jednoznacznie zadeklarować, czy czuł coś... poważniejszego wobec kremowej klaczy, odpowiedź zabrzmiała by... Nie wiem.W sumie, mam jeszcze sporo czasu, by się nad tym zastanowić. A o to i kwatery Canterlotu!

    ***
    Powrót do służby odbył się bez zbędnych ceregieli, już następnego dnia, na dobrze znanym sobie stopniu szeregowego, wykorzystywany był jako popychadło, realizujące oficjalny program „Przynieś, Zanieś, Pozamiataj”. Lecz tym razem, nasz bohater powziął zamierzenie starania się o rychły awans, poszerzający ów slogan o słowo „Zarządzaj”. Wyjątkowo pracowity i nudny dzień, w porównaniu do kilkunastu poprzednich, zakończył się niespodziewanym i tajemniczym akcentem. Otóż Aidan, ku swojemu niemałemu zdziwieniu, w osobistej skrytce pocztowej znalazł małą paczkę, zawierającą trochę zimnego co prawda, ale nadzwyczaj smacznego, domowego jedzenia. Poza strawą, nie było tam nic, oprócz małej karteczki z napisem: „Specjalnie dla Ciebie, mój drogi. Smacznego!Rodzice? Nie, niemożliwe – pomyślał. - Kto to więc... No jasne, Roseluck. Choć gwardzista nie mógł mieć stuprocentowej pewności co do trafności swojego domniemania, było ono bardzo prawdopodobne i tylko spotęgowało rozterkę oraz poczucie zakłopotania względem uroczej klaczy.

    Kolejnego jak i każdego następnego, równie długiego, ciężkiego i nudnego dnia, otrzymywał nową paczkę, której zawartością była karteczka z tą samą treścią i domowy posiłek. Dziwny sposób na wyrażanie uczuć, ale smakuje mi – stwierdził, śmiejąc się sam do siebie.

    Służba nie drużba, a czas mijał. Kolejne upływające doby zaczęły powoli zlewać się ze sobą w jeden, dość szary potok życia. Lecz na horyzoncie malowało się - ustawowo określone - prawo do przepustki. Leżąc pewnego wieczora na łóżku, bohater odliczał już dni pozostałe do chwili wytchnienia. Czuł palącą niemalże potrzebę podziękowania Rose za te niespodziewane upominki, za tę przeciągającą się na odległość troskę i opiekę. Jednocześnie miał zamiar grzecznie odmówić przyjmowania dalszych paczek, w dalszym ciągu czuł, że nadużył jej gościnności, a teraz jeszcze to...

    Rozważania bohatera przerwało pukanie, a w zasadzie łomotanie do drzwi jego kwatery. Zanim zdążył zareagować, otworzyły się i do pokoju wkroczył przełożony Aidana, Naczelny Gwardzista Walter. Można go było łatwo rozpoznać, jako jedyny miał zaszczyt nosić czerwony pióropusz i ogon.

    - Zameldować się! – wrzasnął, jak zwykle zresztą. Aidan mocno zaskoczony niespodziewaną wizytą, zerwał się z łóżka na kopyta i stanął na baczność.
    - Rozkaz nadzwyczajny od samej księżniczki Celestii: jutro rano, przekażesz Jej uczennicy, mieszkającej w bibliotece w Ponyville zamówione przez nią książki. Po wypełnieniu zadania, w ramach przyszłej przepustki, dostajesz regulaminowy czas wolny. Zrozumiano?! - wrzasnął znów.
    - Tak jest!! – salutując odkrzyknął Aidan. Walter odwrócił się by zniknąć za drzwiami.Już jutro? Księżniczka umie wyczuć moment – uśmiechnął się do siebie w duchu.

    ***

    Ponyville nie zmieniło się ani trochę przez te kilka tygodni. Och, jak miło było w końcu odprężyć się patrząc na kolorowe, spokojne krajobrazy i odpocząć od hałasów i wrzaskliwych komend. Aidan bez trudu zlokalizował budynek – a w zasadzie drzewo – lokalnej biblioteki i przekazał oczekiwane tomiska uprzejmej, choć najwyraźniej nieco niewyspanej, fioletowej klaczy. Tak oto zaczął się jego czas wolny. Swoje pierwsze kroki skierował ku znanej sobie, małej kwiaciarni w centrum.

    - Aidaaaaaaan! Kopę czasu! - niebieskogrzywy kucyk ziemny uścisnął go zdecydowanie za mocno. - Jak się miewasz?
    - W porządku – odpowiedział łapiąc oddech i rozglądając się. - Gdzie Rose?
    - W domu. Chodź mój drogi, pójdziemy razem. Zamknę na parę minut interes... No kto by się spodziewał tak miłej wizyty – ostatnie zdanie wymamrotał pod nosem, z nieukrywaną szczerą radością.
    - Daj spokój, nie rób sobie kłopotu...
    - Nie gadaj tylko chodź – jasnożółty kucyk szturchnął pegaza i kiwną głową w stronę swego domu.
    - Rooooooseeeeee, mamy gościaaa! - krzyknął na progu gospodarz. Po chwili, zza rogu wyłoniła się znajoma, uśmiechnięta postać. Tak jak jej brat, o mało nie połamała żeber gwardziście, w serdecznym, powitalnym uścisku.
    - Już myślałam, że o nas zapomniałeś – powiedziała radosna. - Dlaczego nie pisałeś żadnych listów?
    - Jako służący na Canterlocie nie mogę... Przepraszam, nie wspomniałem o tym – lekko się strapił, drapiąc z tyłu po głowie.
    - Nie szkodzi, grunt, że wpadłeś – mrugnęła.
    - Ale ty o mnie nie zapominałaś – kontynuował. - Nawet nie wiesz, jak bardzo mi miło za te wszystkie paczki... Świetnie gotujesz – uśmiechnął się, choć z lekka niepewnie. Brwi klaczy uniosły się do góry w zdziwieniu, a zielone tęczówki nabrzmiały z lekka.
    - Nie jestem pewna, o czym ty mówisz? - spytała
    - Noo... To domowe jedzenie, które codziennie wysyłałaś...I te kartki... To nie ty? - odparł zbity z tropu.
    - Obawiam się, że nie – odpowiedziała z lekko dwuznacznym uśmiechem. - Ktoś tu jest skrycie adorowany! - żartowała sobie.
    - No i zrobiłem z siebie idiotę – pomyślał na głos bohater.
    - Jakieś podejrzenia, kto to może być? - spytał Clover
    - Nie mam pojęcia... To na pewno nie ty, Rose? - upewnił się. Klacz pokiwała przecząco głową. - W takim razie, to pewnie któraś z naszych... To znaczy waszych klientek, upodobała sobie moją osobę - oznajmił. - Szkoda tylko, że się nie ujawniła... No ale mniejsza.
    - Na długo zostaniesz? - spytał kremowy kucyk z burgundową grzywą.
    - Tutaj? Nie chcę wam robić problemu – odparł, lecz widząc dwie zacięte miny, poprawił się – dzień, góra dwa, a potem odwiedzę rodziców.

    ***
    Nierozwikłana sytuacja z podarkami znacznie namieszała w planach bohatera. Gdyby okazało się, że to Rose jest ich nadawcą, sprawy byłyby o wiele prostsze. Takie działanie świadczyłoby o... czymś więcej. Tak po prostu odbierał to Aidan. Co prawda, jedzenie nie było jego zdaniem jakąś najromantyczniejszą formą przekazu uczuć, ale te kartki, z krótkim zwrotem, napisanym zawijaną czcionką... Coś – a w zasadzie ktoś – było na rzeczy.

    Jednak ta sytuacja uświadomiła go o czymś dość ważnym. Mianowicie – nie był zawiedziony. Gdyby faktycznie czuł coś do kremowej klaczy... Byłby rozczarowany, a nawet bardzo rozczarowany, takim obrotem sytuacji. Choć może, z drugiej strony, Rose znając go, po prostu nie chciała mu powiedzieć? Może to taka gra, albo raczej... igraszka? Niech to szlag, z intrygami.Te odwiedziny miały mi pomóc zdefiniować moje uczucia, albo ich brak... Zresztą, ech... zastanowię się jeszcze – pomyślał leżąc w łóżku, w gościnnym pokoju. Lecz w tym samym momencie wdarła się w niego jakaś nostalgia, jakby potrzebę zostania tutaj, w idyllicznym Ponyville... Mógłby rzucić pracę, zamieszkać w tym pokoiku, albo nawet w kwiaciarni i tak powoli, żyć sobie z dnia na dzień, rozmawiając i śmiejąc się wspólnie z Cloverem i jego siostrą... Ech, nonsens... – pomyślał, wstając z posłania.

    Rose przygotowywała poranne śniadanie, jej brat siedział obok przy stole, po cichu rozmawiając z klaczą. Oboje umilkli, kiedy Aidan wyszedł ze swojego pokoju.

    - Dzień dobry! – zaczęło chórem rodzeństwo.
    - I do widzenia, idę do kwiaciarni – dokończył Clover.
    - Trzymaj się, braciszku – dodała klacz. Pegaz, z lekka niewyspany, usadowił się na krześle.
    - I jak tam, panie gwardzisto? - zagadnęła lekkim tonem.
    - Pójdziesz ze mną na... randkę? - odpowiedział, zupełnie nieoczekiwanie, do stojącej obok kremowej postaci z patelnią. O mało nie porozrzucała smażonych warzyw dookoła, tak bardzo zaskoczyła ją nagła propozycja.
    - J... Ja? Teraz? - zarumieniła się. - N... Nie mogę dziś... Bo widzisz, te róże, moja życiowa specjalność – pokazała na znaczek – one są po części magiczne, i widzisz, potrzebują szczególnej opieki, teraz, kiedy rosną nowe...
    - Oo, aha... - wymamrotał niepewnie – czyli przeszkadzam, mam sobie pójść?
    - W żadnym wypadku! - zabroniła – po prostu pogadamy sobie u mnie w ogrodzie, jeśli chcesz, możesz to potraktować jako randkę – uśmiechnęła się nieznacznie.
    - Skoro tak... Z chęcią – odparł.

    Faktycznie, cały ogród usiany był tysiącami małych, nierozwiniętych jeszcze zielonych pąków. Roseluck sprawnie uwijała się pomiędzy nimi, nucąc dźwięczną melodię i podlewając tu i ówdzie suchą ziemię. Aidan widząc tę ceremonię i zaangażowanie kremowej klaczy, zdecydował się nie przeszkadzać zbytnio w tym różanym tańcu. Dlatego powstrzymywał się z rozmową, zamiast tego chłonąc przeurocze wprost otoczenie. Co prawda ów miniaturowy eden pozbawiony był swego najpiękniejszego kwiatu, lecz i tak wywierał niezwykłe, rozpierające wprost uczucie jednoczenia się z naturą. Mieniąca się mnogość tysięcy zlewających się z sobą barw rozpraszała i relaksowała zarazem. Spowodowało to ponowną falę tych samych co rano odczuć, dziwnych, kojących i euforycznych w pewien sposób. Podziwiając tak najbliższy krajobraz oraz zamieniając od czasu do czasu kilka zdań z klaczą, spędził tak cały ostatni dzień przepustki w Ponyville.

    Rodzice Aidana ucieszyli się z pierwszych od dłuższego czasu odwiedzin syna. On sam nie wspominał o ostatnich perturbacjach z życiem i pracą, nie chcąc poddawać w wątpliwość swoich własnych czynów. Nie wiadomo kiedy, w domowej, choć nieco nudnej, pozbawionej tego czegoś, co jest tam, w Ponyville – jak sam bohater zaczął to w myślach nazywać - atmosferze, minął cały czas wolny. Należało z powrotem stawić się w zamku.

    ***
    W kilka dni po powrocie do służby, na nowo rozpoczęły się tajemnicze paczki. Nasz bohater, sprawdzając rutynowo swoją skrytkę, znalazł w niej mały pakunek. O ile sama jej obecność nie była dla pegaza zaskoczeniem, o tyle zawartość już tak. Oprócz „standardu”, jakim było jak zwykle pyszne, domowe jedzenie, w środku znajdowało się coś jeszcze. Tekturowy, mały pojemnik, w kształcie cylindra. Aidan otworzył go, troszkę niezgrabnie, ale skutecznie. Jego oczom ukazała się wykwintna róża, w nietypowej, szlachetnej i romantycznej zarazem, dwuodcieniowej barwie burgundu. Była jeszcze kartka, podobna do swych poprzedniczek, lecz tym razem widniejący na niej napis był dalece bardziej wymowny: „Specjalnie dla Ciebie, mój najdroższy...”. Pegaz aż przysiadł z wrażenia. Róża...Roseluck. Albo to faktycznie ona, albo... Jedna z jej klientek – pomyślał. Dziwne spojrzenia współgwardzistów szybko wyrwały go z rozmyślań.

    I tak jak ostatnio, sytuacja ta powtarzała się dzień w dzień. Stanowiła ona totalną zagwozdkę dla beżowego kucyka. Czyżby kremowa klacz, mimo swego otwartego charakteru, aż tak bała się otwarcie przyznać do uczucia? Czy spotkanie w cztery oczy tak bardzo ją onieśmielało? To do niej całkowicie niepodobne. A jeśli cichą wielbicielką jest jakaś inna, której osobiście nie znam?... Dlaczego nie chce się ujawnić? Jak mam... zwrócić na nią uwagę, skoro nie wiem nawet, jak wygląda? To wszystko nie ma sensu...

    Nasz bohater postanowił wyjaśnić tę sprawę raz na zawsze, przy okazji następnej, długo wyczekiwanej przepustki.

    ***
    Koniec końców, chwila prawdy nadeszła. Przynajmniej w mniemaniu pegaza. Lecąc wprost z Canterlotu, wylądował bezpośrednio przed małymi, czerwonymi drzwiczkami z szybą w środku. Pchnął je lekko, ciesząc się na dźwięk dawno nie słyszanego, znajomego dzwonka. Wszedł do środka, zaciągając się jak zwykle mocnym, choć w pewien sposób uboższym aromatem zielonego asortymentu. Dokładnie jak się tego spodziewał, został przywitany gromkim okrzykiem:

    - Aaaaaideeek! - Roseluck wybiegła na przywitanie, przewracając po drodze kilka wiązanek. Po krótkiej ale wylewnej rozmowie, nasz bohater postanowił od razu przejść do sedna. Zżerała go ciekawość, jaką tym razem wymówkę wymyśli zauroczona klacz. W zanadrzu trzymał jedną z otrzymanych róż.
    - Rose, mam do ciebie pytanie, ale proszę, bądź szczera... - zaczął. - Najszczersza. To ty wysyłałaś mi te róże? - wręczył je lekko zmizerowany, ale wciąż piękny kwiat. Kwiaciarka na początku usiłowała utrzymać poważną minę, lecz nie wytrzymała i roześmiała się, ku zirytowaniu pegaza. - A więc to dowcip? - dodał, zbity z tropu.
    - Nie – usłyszał za sobą głos. Odwróciwszy się w stronę jego źródła, zobaczył niebieskogrzywego kucyka ziemnego, uśmiechającego się w nerwowy i niepewny sposób.
    - Cl... Clover? - powiedział. - T... Ty to robiłeś... przez ten cały czas? - spojrzał na prawie krztuszącą się Rose. A ty o wszystkim wiedziałaś... przez ten cały czas? - klacz kiwnęła głową, wciąż rozbawiona.
    - Mam nadzieję, że się nie gniewasz, ani nie jesteś zbyt... zaskoczony – odparł jasnożółty adorator.
    - Zaskoczony? Ja? To dowcip, czy ty naprawdę...
    - Naprawdę – odparł spokojnie, z błyskiem w błękitnych oczach, wpatrując się w Aidana.
    - Nie wiem co mam o tym myśleć... - powiedział beżowy pegaz.
    - Nie myśl nic – odparła nieco uspokojona Rose – i chodź do domu. Zjemy wspólny obiad, porozmawiacie sobie na spokojnie i...
    - P-przepraszam, nie mogę – przerwał jej Aidan, wypowiadając te trzy słowa niczym błyskawica. - M-muszę pilnie wracać... Na Canterlot. B-booo... - spauzował - wpadłem tylko na chwilę – skończył, po czym wybiegł z pomieszczenia, nie oglądając się za siebie.

    ***
    Dowódca warty zamkowej nie mógł uwierzyć w fakt, że jeden z jego żołnierzy dobrowolnie zrzekł się urlopu, skłonny był nawet sprawdzać trzeźwość swojego podwładnego, lecz bez spodziewanych mu rezultatów. Szeregowy pegaz Aidan chciał za wszelką cenę wrócić do codziennych zajęć i obowiązków, od zaraz. Postanowiono nie utrudniać mu realizacji tej prośby.

    Nasz bohater, przez parę następnych dni, czuł się... podcięty. Tak, to słowo najlepiej opisywało jego stan. Dobrze pamiętał, jak w dzieciństwie, kiedy tylko nauczył się latać, nisko, powoli, tuż nad ziemią, starszy osiłek imieniem Norman umyślnie wbiegł prosto przed niego, tylko po to, by młodszy lotnik rozbił się boleśnie. Uczucie zderzenia o twardy, piaszczysty grunt, konfrontacji marzeń i pragnień z rzeczywistością zdawało się identyczne z tym, co odczuwał właśnie teraz. Ze wszystkich, najdziwniejszych przemyśleń, jakie przychodziły mu do głowy, żadne nie było tak oczywiste i dobitne jak fakty. Clover się w nim zakochał.

    Nie sprawdzał swojej poczty. Bał się. Co jeśli znowu znajdzie tam różę? Albo list... Co miałby z tym zrobić? Ba, co ma zrobić z tą całą sytuacją? Już nigdy nie wrócić do Ponyville? Nie chciał urazić rodzeństwa, ale... No właśnie, ale co? Rozterki nad tą z pozoru zabawną sytuacją spędzały mu sen z powiek, rozbijały rytm dnia, mimo szczerych chęci nie dawały się za nic w świecie ujarzmić. Gryzł się z tą tak prostą myślą, że on, akurat on, a nie nikt inny żywił do niego uczucia.

    ***
    Obowiązki goniły. Zbliżające się powoli duże święta narodowe, przysparzały wszystkim pracownikom zamku bardzo wiele pracy. Wbrew pozorom pozwoliło to odsapnąć psychice pegaza - skołowanej i nieporadnej. Lecz gdzieś w podświadomości toczył się zażarty bój.

    Po pewnym czasie stało się coś nieoczekiwanego, coś zaskakującego w swej powolności. Aidan przypomniał sobie, jak czuł się... gdy podniósł się z ziemi i wzleciał ponowie. Wyżej. Tam, gdzie Norman nie mógł go sięgnąć. Prosto w gęste, białe chmury. Pamiętał tę swobodę, tę ekstazę radości, to coś, co mógłby nazwać szczęściem, szczęściem... Pomyślał o więzi jaka łączyła go z rodzeństwem, z kwiatami, z małym pokoikiem, z Ponyville... I zrozumiał... Zrozumiał, dlaczego szczerze pragnął tam powracać. Wiedział już, skąd wzięło się źródło tych wszystkich emocji, które tak bardzo nim targały...

    ***
    Rose i jej brat zajmowali się akurat ustawianiem kwietników w swoim małym przybytku, kiedy rozległ się dźwięk dzwonka. Clover akurat przytrzymywał ciężką, kamienną donicę, więc jego siostra skierowała się w stronę klienta. Oniemiała, gdy spojrzała na przybyłą postać, ale nie dała znaku bratu. Aidan, dzierżąc w ustach bukiet róż, podszedł do odwróconego i zajętego jasnożółtego kucyka. Stał tak przez chwilkę, w oczekiwaniu na kompana. Przeciągająca się cisza wydała się dziwna dla niebieskogrzywego, chcąc skontrolować sytuację obejrzał się więc za siebie. Nieoczekiwany widok sprawił, że poluzował uchwyt na kamiennym pojemniku, cudem unikając przytrzaśnięcia sobie kopyt. Odwrócił się i zdumionym wzrokiem zmierzył pegaza od stóp, do głów. Zorientował się, że błękitnofioletowy wzrok Aidana skupiony jest dokładnie na jego oczach.

    - Specjalnie dla Ciebie, mój najdroższy – łodygi roślin lekko zniekształcały słowa.
    - Ja... - Clover oniemiał.
    - Po prostu weź je, kują mnie w usta! - lekko natarczywie odparł gwardzista. Rose roześmiała się, zupełnie jak przed kilkoma tygodniami. Jasnożółty kucyk odebrał podarek, po czym zacisnął się w uścisku na szyi pegaza. Po chwili ujmującej czułości, beżowy kucyk zabrał głos.
    - Ale... Skąd wiedziałe... Skąd wiedzieliście? Skoro ja nie...
    - To proste – odpowiedziała Rose - kiedy Clover po raz pierwszy cię zobaczył, wtedy w barze – zaczęła – gadałeś jak najęty o Wonderbolts. A w zasadzie o jednym pegazie, imieniem Soarin, w dość... jednoznaczny sposób – mrugnęła. Aidan zarumienił się.
    - Potem jeszcze tylko małe przeszpiegi mojej kochanej siostry – dodał z uśmiechem i lekkością Clover – i już byłem pewien - Beżowy kucyk podszedł do kwiaciarki.
    - Rose... - Spojrzał jej w oczy. - Dziękuję – po czym odwrócił się do niebiskogrzywego.
    - Chcesz pójść na randkę?
    KONIEC



    BONUS!!!!!

    Kilka dodatkowych zakończeń

    Zakończenie nr 1

    Ocenzurowane

    Zakończenie nr 2
    - No jasne, że chcę - odparł Clover- nawet wiem gdzie możemy pójść!
    Po przejściu kilkoma znanymi Aidanowi ulicami. Stanęli przed speluną do której zawędrował Aidan pierwszego dnia w Ponyville.
    - Po co tu przyszliśmy?- zapytał nasz bohater.
    - Jak to po co? Przecież to tu pierwszy raz wyznałeś mi, co do mnie czujesz. Pamiętasz?
    - Nie
    - Opowiedziałeś mi o Soarinie. A potem, że mam taką samą grzywę jak on, że pozwolisz mi na sobie pobrykać, tak szybko, jak on lata.
    - Ale ja byłem pijany! - zdziwił się Aidan poważnym tonem Clovera - I chyba nie o to mi wtedy chodziło.
    - To teraz nie ma znaczenia.- Odpowiedział Clover wesołym tonem.
    Aidan wzruszył ramionami i weszli do środka. Na jego widok sprzedawca w brudnej koszuli magią wyciągnął butelkę zimnego cydru i umieścił przed oboma kucykami, siadającymi przy jednym ze stołów.
    - Jak on pamiętał, co wtedy zamawiałem?- zdziwił się Aidan, na widok znajomego kształtu butelki.
    - Przecież zamawiałeś to u niego nie raz. - zaśmiał się Clover.
    - No tak, ale to było ile miesięcy temu!
    - Takich imprez się nie zapomina!- odpowiedział jednorożec w brudnej koszuli, który nie wiadomo kiedy stanął zaraz za plecami naszego bohatera.
    - Nie zdarzają ci się klienci, którzy się upijają?- zapytał Aidan, nieco zaskoczony ożywieniem i skróceniem dystansu przez sprzedawcę.
    - Zdarzają, ale to co ty wypiłeś, i co zjadłeś, to jeszcze nie widziałem!
    Sprzedawca nagle zamilkł i uśmiechnął się sztucznie, na widok skwaszonej miny Clovera.
    Aidan spojrzał, na niebieskogrzywego kucyka, następnie na wycofującego się jednorożca.
    - Ile wtedy wypiłem? - pytając, podniósł się z miejsca-Co takiego zjadłem?!
    - O to nic w porównaniu do tego, co zrobiłeś na tym, tam stole. - odpowiedział skrępowany napiętą sytuacją jednorożec. Aidan nie wytrzymał i wzbił się ponad sprzedawcę.
    - CO... TAKIEGO... ZROBIŁEM?!
    - Och, nic takiego! - odparł wesoło Clover, zwracając uwagę pegaza na siebie - Tylko, umyśliłeś sobie, że sprawa z Wonderbolts to jeszcze nic straconego i tu na miejscu do nich się dostaniesz.
    Pegaz wylądował na podłodze. Skierował pytające spojrzenie na Clovera.
    - Nic wielkiego! Przez parę godzin latałeś i spełniałeś najdziwniejsze życzenia wszystkich gości.
    - A jak się o tym miasto dowiedziało, to zleciało się ze sto kucyków! - dodał podekscytowanym tonem jednorożec.- Z rana impreza przeniosła się do ratusza, który był w remoncie. A koło północy zawitałeś tu znowu, z całą gromadą kucyków, jeszcze bardziej piany.
    - To spędziłem na piciu Dwie noce i dzień?! - zakrzyknął Aidan.
    - No trochę dłużej. Najważniejsze, jednak że nikomu się nic nie stało.- odpowiedział rozbawiony sprzedawca.
    - A co mogło się stać?
    - Ktoś ci powiedział, że pegaz Rainbow Dash, również chce być w Wonderbolts. Gdy ci ją pokazali, latałeś za nią jak pies. Dobrze, że ten tu, ci cały czas siedział na plecach. - Jednorożec wskazał na zarumienionego Clovera. - A jego siostra ci coś obiecała na ucho, jeśli się uspokoisz. Piątego dnia, co to była za heca, gdy wpadłeś do cukrowego kącika i wgryzłeś się we włosy tej różowej Pinkie, bo myślałeś, że to wata cukrowa . Pan Cake musiał jej obciąć część grzywy,żeby ją od ciebie uwolnić. Na szczęście była tam Rose i cię uspokoiła, jak zwykle coś ci obiecując.
    - Co obiecała mi twoja siostra?- Aidan spojrzał na Clovera, który wyglądał jak źrebię, które się zaraz rozpłacze - Co obiecała mi twoja siostra?...
    Po kolejnej chwili milczenia, Aidan wyleciał przez otwarte okno, kierując się do kwiaciarni...


    Zakończenie nr3
    Budził się nowy dzień, słońce powolutku wychodziło zza horyzontu, a jego blask oświetlał małą, niebieską sypialkę. W niej, drzemało dwóch kochanków, złączeni razem uczuciem... właściwie, to jeden ogier spał. Drugi, o piaskowym umaszczeniu spoglądał przez okno, zastanawiając się nad własnym życiem. Aidan wspominał wczorajszą, niezapomnianą noc, gdzie spędzał randkę z Cloverem, spacerowali po miasteczku... ten uśmiech nieśmiały, duchowe uczucie bliskości tego jedynego...
    Właśnie... czy tylko jego, zwykłego żołnierza gwardii Królewskiej? Przecież przez cały pobyt w tym miasteczku, polubił to rodzeństwo, zżył się... czy pokochał? Jasne, rozumiał to, że błękitnogrzywny czuł do niego uczucie. Teraz to wtulił się bardziej do Aidana, szeptał słodkie słówka przez sen. Tylko... czy można kochać dwie istoty na raz, tym samym uczuciem?
    Nie no, pomyślał piaskowy ogier, przecież do niczego nie doszło tej nocy, tylko spali obok siebie. Nie... kochali się namiętnie. Poczuł dreszcz przez moment.
    Aż podskoczył, kiedy jego partner wybudził się, spojrzał na Aidana zaspanymi oczami, uśmiechnął się czule.
    - Dzień dobry, słodko... - ziewnął Clover, potem ucałował w nos - Jak ci się spało?
    - Dobry... - Westchnął tylko Aidan, potem zarumienił się.
    Jednak chwila ta trwała zbyt krótko.
    - Muszę... ci coś wyznać, Clover. - Zaczął niezręcznie ogier o piaskowej sierści, aż nie chciał patrzeć na jego niebieskie oczy - Chodzi o to... o miłość.
    - Wiesz, że cię kocham, Aidanie.
    - Tak... Jesteś wspaniały... właściwie, to wy, rodzeństwo. Okazaliście mi wiele ciepła, byliście mi jak rodzina, najbliższa... - westchnął na to i skończył - Pomyślałem o Rose...
    - Co z nią?
    - Kocham ją...
    Aidanowi odpowiedziała krótka cisza, przerwana smutnym westchnieniem Clovera.
    - Czyli... mnie nie kochasz.
    - Tego nie powiedziałem. Chodzi o to, że jestem rozdarty. Strasznie... Rany, głupia sytuacja. - Aż złapał się za głowę, nie mogąc uwierzyć, że tak wyszło. Aidan wziął głęboki oddech, to posmutniał.
    - Nie chcę wybierać pomiędzy tobą, a twoją siostrą, o to mi chodzi. - Wyszeptał.
    W odpowiedzi na to, Clover ucałował czule w czoło, pogłaskał kopytkiem po włosach. Pokiwał głową, że doskonale rozumie.
    +++

    Roseluck zaczęła podlewać róże, to oglądała uważnie liście krzewu. Aż się odwróciła, podskoczyła gdy ujrzała Aidana, z bukietem w pyszczku.
    - Chcym s toblą poloffmawiać. - Wyseplenił na to. Beżowa klacz zaśmiała się.
    - Poczekaj, głuptasku, wyjmij te kwiaty i powtórz, gdyż nie zrozumiałam cię. - Oznajmiła, wracając do oględzin róż. Aidan zaś odstawił bukiecik i wyznał bezpośrednio.
    - Kocham cię.
    Rosebuck z wrażenia upuściła konewkę, którą podlewała krzew, to odwróciła się w stronę piaskowego ogiera. Była blada.
    - A... A Clover? Co on...
    - Jego też kocham całym sercem. Ale, Rose, ciebie też... Chcę ciebie, jego chcę. Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale kocham was, jako rodzeństwo! Jesteście wspaniali! - Aż upadł na kolana i począł całować po kopytkach, ale Roseluck cofnęła je.
    - Jesteś... Chory! Ja... - po tych słowach, uciekła z kwiaciarni. A Aidan poczuł się, jak ostatni cham.

    +++
    - Doprowadziłeś ją do łez, jak mogłeś?
    Clover nie krył oburzenia, kiedy Aidan opowiedział, co się rankiem wydarzyło. Było południe, pora obiadowa, a oboje spędzali czas w kuchni. Błękitnogrzywny pilnował, aby zupa marchewkowa nie wykipiała.
    - Wiem... przepraszam cię. - Tu piaskowy ogier aż uderzył głową w stół, czując się zażenowany całą absurdalną sytuacją. Ziemny na to tylko postawił miseczkę z zupką, popatrzył czule na ukochanego.
    - Masz, zjedz proszę... może będąc najedzonym, coś przyjdzie co do głowy? - Powiedział Clover zatroskanym głosem. Pegaz powolutku siorbał zupę, która była, nie powiem, wyśmienita. Za to pokochał go, za wyśmienitą kuchnię.
    - Mam ochotę znów się zalać.
    - O nie, mój piegusku. Pójdziemy razem do Rose. Porozmawiamy i... Aidan, szczerze powiedz mi. Kochasz mnie?
    Pegaz to mruknął, nadal jedząc zupę, to aż ją rozlewając po stole.
    - Tłumaczyłem już, kocham cię...
    - Nie... przeszkadza ci to, że jestem... no wiesz... facetem?
    Clover dostał właśnie szmatką po głowie.
    +++
    Przez cały dzień Aidan szwendał się po mieście, walcząc ze swoimi myślami, które go gnębiły. Kochał ich, to racja... ale nie chciał jednego odrzucać na rzecz drugiej. Najchętniej... nie, to chore! Nie mógł od tak, kochać obojga, zresztą, to rodzeństwo! Jak to będzie, wpadnie im do łóżka i...
    Tu aż piaskowy ogier krzyknął, chcąc odgonić kudłate myśli. A może w tym szaleństwie brzmi metoda? Czy... w tej metodzie jest szaleństwo... nieistotne, na lekcji o frazeologii to spał.
    Usiadł na ławeczce, to oglądał zachodzące słońce, co się chowało za horyzontem, obserwował pomarańczową łunę na niebie... i nagle przykuło wzrok... dokładnie, to był szary pegaz... klacz... chwila, miała na sobie fotel, dźwigała go?
    - Co ty odwalasz? - Aidan krzyknął do klaczki, co tamta odwróciła się. Na to popatrzyła zezowatymi oczyma, uśmiechnęła się tylko.
    - Nie widać? Mam fotel... ze sobą... - Tu z głośnym pach, położyła na trawie. Rozsiadła się na nim i obserwowała zachód słońca. Aidan zaś zastanawiał się, co właściwie się zdarzyło przed momentem.
    - ... No dobrze, ale na co ten fotel tobie? Nie za ciężko ci?
    Szara klaczka zaśmiała się tylko, to wyciągnęła zestaw do robienia baniek.
    - Głupie pytanie! Noszę ze sobą fotel, bo jak się zmęczę, to na nim wygodnie usiądę! - Potem puściła parę baniek, a piaskowy ogier obserwował je...
    Potem odleciał, zaskoczony niecodzienną sytuacją.
    +++

    Wrócił do domu Clovera i Roseluck, cichutko wszedł do salonu. Nadal bijąc się myślami, schodami wchodził na piętro, potem ruszył do pokoju... Otworzył drzwi, to znów podskoczył zdumiony.
    Na jego łóżeczku leżała sama... Rose...
    Spoglądała wyzywająco na pegaza, a biedny nie mógł podziać wzroku, odwracał się rumiany.
    - Ro... Rose! Jak...
    - Nie chcesz mnie? - zapytała tylko słodko, a Aidanowi się aż ciepło zrobiło. Już myślał, że nie będzie gorzej... a było. Za nim stał Clover, miał różyczkę w ustach, to podał mu.
    - Co jest, rumaku? - Zaśmiał się tylko.
    - Co... się tu dzieje!? Na Celestię! - Wykrzyknął skołowany pegaz, potem usiadł z wrażenia.
    - Rozmawiałam z bratem... o tym... co czujesz. - Zaczęła Roseluck, ale Aidan zerwał się i zaczął krzyczeć.
    - Nie będę wybierał pomiędzy wami! Koniec tematu, ja... - urwał na to, czując się zażenowany, to... niemożliwe, czuł większe pożądanie do dwójki.
    - Oj tam... przecież... lubisz nas, nie? - Clover wtulił się w ukochanego, to ucałował czule.
    A Aidan? Poczuł się dziwnie... tu nagle uśmiechnął się, rzucił błętitkowłosego do łóżka, to sam wparował się pomiędzy rodzeństwem.
    - Jesteście... wspaniali...
    I po raz pierwszy w życiu poczuł się spełniony, całkowicie i zupełnie. Gdyż miał przy sobie tych, których kochał...
    DuszekPL009, Mefu720 oraz Harov lubią to.
  2. BodzioPanBóbr Doświadczony

    A co wy sądzicie o tym ficu? Czy jest fajny czy raczej zły? piszcie posty
    p.s Dopiero zauwazyłem że niechcący ustawiłem sobie dziewczyński avatar :confused: Zmienie jutro
  3. Worm Weteran

    Tak, słitaśne kucyki, przyjazna fabuła a zauważyłem kilkanaście wulgaryzmów. To tak samo biegał dres JP w sukience różowej że aż łeb boli.
  4. BodzioPanBóbr Doświadczony

    Czytałem dokładnie, ŻADNYCH WULGARYZMÓW
    Aaaa.... chodzi ci o to pierwsze zakończenie dodatkowe, usune je...
  5. Mrocza Forumowy No-Life

    Bardzo fajny! Się zaczytałem...
    Ale końcówka to mnie zaskoczyła. Jakież skomplikowane to wszystko.
    Chciałbym jeszcze przeczytać to ocenzurowane, dodatkowe zakończenie. Proszę podeślij mi na PW.
  6. BodzioPanBóbr Doświadczony

    Już ci przesłałem.
    Chce wam dać jeszcze jeden shipping, tym razem to będzie shipping Fluttershy + Rainbow Dash, ten również beż żadnych cielesnych uniesień
    Zamieszcze linki bo całość jest zbyt długa
    "Too shy for a Rainbow"
    Rozdział I
    Rozdział II
    Rozdział III
    Rozdział IV!
    Epilog!

  7. codename47 Stały Bywalec

    Hmm. Przedtem unikałem shippingów, bo trafiałem tylko na takie... niezbyt nadające się na forum, ale widzę, że niepotrzebnie żywiłem obawy. Deviantarcie, nadchodzę!


    (BTW: Jeśli wklejasz tu nie tylko opowiadania, ale i te w formie komiksów, polecam "A Sight For Really Sore Eyes")
  8. Kath Mod serwera

    Polecam także My Little Dashie. Nie jest shippingiem, nie jest po polsku, ale bardzo wzruszający. (nie, nikt nie umiera.)
  9. codename47 Stały Bywalec

    Nie przypominaj, ryczałem przez tydzień...

    EDIT: A jeśli chodzi o wzruszające fanfici, tuż za My Little Dashie jest Friendship is Tragic. Polecam.
  10. BodzioPanBóbr Doświadczony

    Od komiksów jest tu Karen który został zbanowany tydzień temu, ale pewnie już go odbanowali, poprosze go aby tu wklejał komiksy które są choć troche jako shipping
    Ja na razie czekam na My Little Dashie oraz Silent Ponyville 2 (wersje polską)
  11. Karen Weteran

    Doskonale to ująłeś, wezme się za tłumaczenie comica podanego przez codename, ale to troche zajmie, to ma aż 14 stron :confused:
    W sprawie fanfica
    Jest świetny, zwłaszcza zakończenie, i ostatni akapit ostatniego bonusowego zakończenia
    p.s Lubicie wzruszające fanfici? Może to nie shipping, bardzioej detektywistyczna powieść, ale prosze:
    Cena prawdy
    BodzioPanBóbr lubi to.
  12. BodzioPanBóbr Doświadczony

  13. Karen Weteran

    Co do Too Shy for A Rainbow:
    Już sobie wyobrażam to "przytulanie" Rainbow i Fluttershy :rolleyes:
    p.s Najładniejsza dziewczyna w mojej klasie ma na imię Róża, podczas wyjazdów do filharmonii tak sie złożyło że siedzimy razem, podczas lekcji majzy na poczatku roku losowaliśmy, wypadło że siedze z nią, i to jeszcze nie wszytko, podczas losowania na drugie półrocze też siedze z nią, no i żeby to nie było wszytko jeden taki chłopak chciał siedzieć z nią, to dałem mu kartke byśmy się wymienili, ale przez przypadek mi oddał moją na której siedze z Różą :confused: Czy bóg chce mi coś powiedzieć?
    BodzioPanBóbr lubi to.
  14. codename47 Stały Bywalec

    Karen, 47 minut temu

    Mi chyba też...
    Ogólnie, kiedyś przejrzałem chyba każdy zakątek deviantarta jaki miał związek z MLP, więc może sypnę paroma tytułami.
  15. kos198 Doświadczony

    Czy i mi mógłbyś przesłać to 1 zakończenie?
  16. Karen Weteran

    Nareszcie, ktoś przetłumaczył Rainbow Factory, prosze:
    Rainbow Factory
  17. codename47 Stały Bywalec

    Rainbow Factory? To chyba jakaś inna wersja niż ta, którą ja czytałem, poznaję po początku. Ta, którą czytałem po angielsku była o Rainbow, kiczowato napisana i nie mająca do zaoferowania nic więcej niż opisane "z buta" chlastanie kuców. Ta, jak sądzę po pierwszej stronie, jest lepiej napisana...


    A tak BTW, moja znajoma przetłumaczyła Cupcakes, ja robię tłumaczenie Friendship is Tragic. Ktoś zainteresowany?
  18. Karen Weteran

    Ja jestem zainteresowany.
    A to o Rainbow Factory, "kiczowata" masz na myśli polską czy angielską wersje?
  19. codename47 Stały Bywalec

    Ani ta, ani ta. Właśnie skończyłem czytać, i wygląda na to że wcześniej trafiłem na wersję innego autora. Ta jest dobrze napisana, ale... Cóż, Cupcakes też było dobrze napisane a jakoś mi do gustu nie przypadło. Chyba jak dalej będę trafiał na takie fanfici to faktycznie przerzucę się na shippingi... ಠ_ಠ
  20. BodzioPanBóbr Doświadczony